Na mapach zasięgu światłowodu w Polsce wciąż zostają miejsca, do których kabel nie dotrze jeszcze przez lata: pojedyncze gospodarstwa, osady w górach, domki nad jeziorem. Internet satelitarny rozwiązuje ten problem zupełnie inaczej niż technologie naziemne, bo zamiast ciągnąć przewód, przerzuca dane przez przekaźnik krążący nad Ziemią. Z tej właśnie trasy wynikają wszystkie mocne strony takiego łącza i wszystkie jego ograniczenia.
Co dzieje się między kliknięciem a odpowiedzią
Zanim strona się załaduje, sygnał pokonuje kilka tysięcy kilometrów, a mimo to mieści się w ułamku sekundy. Prześledzenie kolejnych etapów pokazuje, w którym momencie całego łańcucha rodzi się opóźnienie:
- Terminal przy domu zamienia dane z routera na wiązkę radiową i kieruje ją w stronę satelity.
- Satelita odbiera sygnał i przekazuje go dalej: do stacji naziemnej albo, w nowszych systemach, laserem do kolejnego satelity w konstelacji.
- Stacja naziemna wpina ruch do zwykłej infrastruktury światłowodowej i przesyła zapytanie do serwera.
- Odpowiedź wraca tą samą trasą, tylko w odwrotnej kolejności.
Drogę przez kosmos pokonuje się więc dwa razy przy każdym zapytaniu. Przy przeglądaniu stron nikt tego nie zauważy, ale w grach sieciowych, rozmowach wideo czy przy transmisjach ze stołów na żywo w xon bet każde zacięcie obrazu widać natychmiast. Dlatego o wygodzie korzystania z łącza satelitarnego decyduje przede wszystkim jedna liczba: wysokość orbity.
Wysokość orbity zmienia wszystko
Fale radiowe biegną z prędkością światła i tego nie da się przyspieszyć. Skrócić można wyłącznie dystans, a różnice między typami orbit są tu ogromne.
| Typ orbity | Wysokość | Opóźnienie w obie strony | Liczba satelitów |
| Geostacjonarna (GEO) | ok. 35 800 km | 500–700 ms | 3 wystarczą do pokrycia globu poza biegunami |
| Średnia (MEO) | 8 000–20 000 km | 100–150 ms | kilkanaście |
| Niska (LEO) | ok. 340–1 200 km | 25–60 ms | setki lub tysiące |
Te liczby nie biorą się z szacunków. Wysokość orbity geostacjonarnej wynika wprost z fizyki, bo tylko na 35 786 km okrążenie Ziemi trwa dokładnie dobę. Pułap 8 000 km dla orbity średniej podaje SES, operator konstelacji O3b mPOWER, a zakres dla orbity niskiej odpowiada parametrom Starlinka, którego satelity pracują najczęściej na wysokościach od 340 do 525 km.
Jeden satelita nad połową kontynentu
Satelita geostacjonarny okrąża Ziemię dokładnie w tempie jej obrotu, więc z naszej perspektywy wisi nieruchomo w jednym punkcie nieba. Raz ustawiona czasza nie musi się już ruszać, a jedno urządzenie obsługuje obszar wielkości kilku państw. Ceną za tę prostotę jest ponad pół sekundy opóźnienia, słyszalne w rozmowie jako niezręczne pauzy i wzajemne wchodzenie sobie w słowo.
Setki satelitów w ciągłym ruchu
Na niskiej orbicie satelita przelatuje nad danym punktem w kilka minut, więc pojedyncze urządzenie niczego nie załatwia. Potrzebna jest cała konstelacja, w której terminal płynnie przełącza się z jednego satelity na kolejny, nie przerywając połączenia. Opóźnienie spada wtedy do poziomu zbliżonego do przeciętnego łącza kablowego, choć kosztem znacznie droższej infrastruktury.
Terminal na dachu to nie jest zwykły talerz
W systemach niskoorbitalnych antena musi nadążyć za obiektem lecącym z prędkością około 27 tysięcy km/h. Klasyczna czasza na siłownikach byłaby za wolna i za awaryjna, dlatego stosuje się anteny z szykiem fazowanym: płaską płytę z setkami drobnych elementów nadawczo-odbiorczych, które sterują kierunkiem wiązki elektronicznie, bez jednej ruchomej części.
Taki terminal sam wyszukuje kolejny satelitę, przełącza się na niego w locie i na bieżąco koryguje kąt wiązki. W polskich warunkach dochodzi jeszcze jedna funkcja: podgrzewanie powierzchni, żeby zimą zrzucić z niej śnieg.
Montaż sprowadza się więc głównie do znalezienia miejsca z czystym widokiem na niebo, najlepiej na dachu albo na maszcie ponad linią drzew. Reszta dzieje się automatycznie, bo urządzenie samo określa swoją pozycję i dobiera satelitę, z którym w danej chwili ma najlepszy kontakt.
Co psuje transmisję
Problemy z łączem satelitarnym rzadko mają swoje źródło na orbicie. Zwykle przyczyna leży znacznie bliżej i sprowadza się do kilku powtarzalnych sytuacji, które warto rozpoznać, zanim zacznie się szukać winy u operatora.
- Przeszkody w polu widzenia anteny: drzewo, komin, okap. Sygnał w paśmie Ka nie przechodzi przez liście ani dachówkę.
- Ulewny deszcz i mokry śnieg, które pochłaniają część energii wiązki. To zjawisko nosi nazwę tłumienia deszczowego.
- Zatłoczenie komórki, czyli zbyt wielu abonentów obsługiwanych przez tego samego satelitę w godzinach wieczornych.
- Osad na samym terminalu: śnieg, lód, liście, czasem gniazdo ptaków.
Najbardziej podstępny bywa punkt pierwszy. Łącze potrafi działać bez zarzutu przez całą zimę, a wiosną, gdy drzewo obok wypuszcza liście, nagle pojawiają się kilkusekundowe przerwy.
Z czym to konkuruje
Internet satelitarny najczęściej zestawia się ze światłowodem i w takim porównaniu zawsze wypada słabiej: jest droższy, wolniejszy i wrażliwy na pogodę. Tyle że to zestawienie prawie nikogo nie dotyczy, bo kto ma światłowód pod domem, nie rozważa montażu anteny.
Realną alternatywą jest LTE z masztu oddalonego o kilkanaście kilometrów, radiolinia od lokalnego operatora albo brak jakiegokolwiek sensownego łącza. W takim zestawieniu talerz na dachu wygląda zupełnie inaczej. Dochodzą do tego zastosowania, w których kabel z definicji nie wchodzi w grę: jachty, kampery, ekipy ratunkowe, budowy w szczerym polu. Technologii satelitarnej nie rozwija się po to, żeby zastąpić przewód w mieście, tylko po to, żeby zasięg przestał zależeć od tego, dokąd ktoś kiedyś zdecydował się ten przewód poprowadzić.